3 września 2016

Inspirujące porządki


Jako dziecko żyłam w symbiozie z bałaganem. Pamiętam torowanie ścieżek wśród stosów ubrań, zmieszanych z przypadkowymi przedmiotami w dużym, dziecięcym pokoju. Później dwie (!) drewniane szafy, tak przepełnione, że rzeczy dosłownie się z nich wysypywały. Często ubrania z szafy wpełzały także na łóżko, tworząc na nim malownicze, wielobarwne pagórki i uszczuplając jednocześnie powierzchnię do spania. Sprzątanie pokoju pochłaniało wiele energii i potrafiło zająć cały dzień! To była syzyfowa praca, bo po zaledwie kilku dniach problem powracał, dlatego generalne porządki należały do rzadkości i odbywały się tylko z okazji nadchodzących świąt i ponagleń rodziców.

Wydawało mi się, że otaczający chaos wynikał z natury bałaganiarstwa, bo zazwyczaj wiedziałam gdzie szukać tego, czego w danym momencie potrzebowałam. Ale od czasu do czasu zdarzały się również chwile kryzysowe, kiedy musiałam dosłownie przekopywać zawartość półek. W takich momentach czasem przypadkowo dokonywałam znalezisk rzeczy, o których myślałam, że przepadły na zawsze.

Otoczona nadmiarem przedmiotów, nie znałam zalet częstych porządków i rewizji ilości posiadanych rzeczy. Zamiłowanie do zakupów w second handach i tendencja do chomikowania, również nie poprawiały sytuacji. W tej sferze jednym z punktów zwrotnych stała się dla mnie przeprowadzka do Poznania i skromnego, studenckiego pokoiku, do którego zmieściło się łóżko, biurko z krzesłem obrotowym i popularny model szafy z Ikei. Przyzwyczajona do większych powierzchni, musiałam zmierzyć się z nowym wyzwaniem pod tytułem: „sześć i pół metra kwadratowego”, które trwało mniej więcej rok. Czego nauczyło mnie to doświadczenie? Z pewnością kreatywnego podejścia do przechowywania rzeczy. Do zmaksymalizowania przestrzeni wykorzystywałam materiałowe półki i organizery, które zawieszałam przy suficie, a na ścianach rozwieszałam ręczniki i torebki, które nie mieściły się w szafie.  Sprzątałam natomiast co 2-3 dni. Gdyby parę lat temu ktoś powiedział, że tę czynność będę wykonywać w tak krótkich odstępach czasowych, stwierdziłabym, że to niemożliwe. Ale nie miałam wtedy zwyczajnie miejsca na bałagan, porozrzucane po pokoju przedmioty czy stertę nieposkładanych ubrań. Każda rzecz musiała być przydatna i mieć swoje przypisane miejsce. Bibeloty, które zabierały cenną przestrzeń, nie miały prawa bytu.

Okazuje się, że dopiero pewne konieczności życiowe zmuszają do porzucenia swoich dawnych przyzwyczajeń. W moim wypadku było to bałaganiarstwo. Dzisiaj, kiedy bytuję już w nieco większym pokoju, mogę powiedzieć, że z epizodu mieszkania w klaustrofobicznym wymiarze wyniosłam bardzo cenne nawyki, m.in. rytuał regularnego sprzątania. Nie zostałam pedantką, nie wyleczyłam się całkowicie z posiadania nadmiaru rzeczy, ale porządek dookoła zaczął sprawiać mi przyjemność.

Nowe zasady postanowiłam równolegle zastosować także w pokoju w rodzinnym domu. Nie sądźcie, że ten proces trwał dzień czy dwa. Z doświadczenia wiem, że żadne szybkie i radykalnie podjęte zmiany nie są dobre, dlatego zdaję sobie sprawę, że proces porządkowania potrafi trwać długie miesiące. Na celownik wzięłam dwie sławne szafy, które tworzą moją drugą garderobę. Kolejny upływ czasu, od kiedy byłam tu ostatni raz sprawił, że potrafiłam nabrać większego dystansu do znajdujących się w nich rzeczy i bez zbędnego rozczulania się dokonać kolejnej selekcji, które w nich zostaną, a które nie. Widok równo poukładanych ubrań na półkach i wieszakach potrafi zrekompensować trud porządkowania.  Ktoś zapyta: „Co w sprzątaniu może być inspirującego? Przecież to prozaiczna czynność”. Nie dla osoby, dla której ubrania znaczą coś więcej, niż tylko pozszywane ze sobą według schematu skrawki materiałów. To trochę jak podróż wgłęb siebie, odkrywanie, co wyraża Twoją osobowość, a co stanowi tylko jej iluzję. Wreszcie to nauka podejmowania wyborów, czasem trudnych oraz zerwania z sentymentami.

W czynnościach porządkowania nie brak innych pozytywów, do jakich należą niespodziewane znaleziska. Przykładowo dzisiaj na nowo odkryłam rzeczy, które wcześniej albo mi się znudziły albo wydały na tyle niestandardowe, że nie miałam pomysłu, z czym je połączyć. Puchowa kurtka o dwa rozmiary za duża, w której mogłam się skrzętnie ukryć przed mrozem. Dwie spódnice: jedna czarna, jedwabna, powłóczysta, zszyta z kilku podkrojów koła, którą kiedyś zakładałam na nieliczne występy szkolne oraz druga, w bordowym odcieniu o długości do połowy łydki i zdecydowanie vintage’owym stylu. Ostatnimi czasy odczułam brak właśnie dolnej części garderoby i przez myśl przeszedł mi też zakup nowej zimowej kurtki. Mam zatem dowody na to, że porządki pozwalają także uchronić przed zbędnymi zakupami, co zdecydowanie motywuje do wykonywania ich jeszcze dokładniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz