Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty

9 października 2015

Nawrócenie na slow fashion. Ewolucja mojego stylu

Jeśli pewnego dnia odhaczymy wszystkie elementy z ubraniowej listy zakupów, to w krótkim czasie przekonamy się, że pojawiają się nowe. Często granica między potrzebami a zachciankami zaciera się i trudno nawet odróżnić, co jest konieczne do życia, a co stanowi jednie jego chwilową przyjemność. W gąszczu co rusz pojawiających się trendów, trudniej odnaleźć własny, niepowtarzalny styl. Natomiast sam konsumpcjonizm prowadzi do uczucia jednoczesnego niedosytu i przesytu, które jest wyjątkowo dezorientujące. Czy niedawno odkryta postawa slow fashion pozwoli osiągnąć zakupową oraz mentalną równowagę? Czy ułatwi odkrycie własnego stylu? Aby się o tym przekonać, zapraszam do dalszej lektury.


WSTĘP

Slow fashion jest postawą zakładającą racjonalny, zrównoważony stosunek do ubrań. Wiąże się z działaniem proekologicznym. Stoi w opozycji do o wiele częściej używanego sformułowania fast fashion. 


Slow fashion sprowadza się nie tylko do zmian w postaci gruntownych porządków w garderobie, ale także odmiany w sposobie myślenia o ubraniach, w postrzeganiu mody jako takiej. Slow fashion ma sens tylko wtedy, kiedy rozczarowani konsumpcjonizmem, odczujemy prawdziwą potrzebę zaistnienia tego nurtu w swoim życiu. Być może okaże się, że leży on od dawna naszej naturze, a ta w wyniku działania różnych czynników została zagłuszona. 

To nie jest tak, że zapakujemy większość zawartości szafy do worków, pozbędziemy się ich i zaczniemy ot tak cieszyć się zbawiennym wpływem slow fashion. Do tej postawy trzeba dojrzeć. Jest długotrwałym procesem, który wymaga dyscypliny i wytrwałości. W ten temat trzeba się wgryźć, by posmakować go w pełni. Możliwe, że zrozumiecie go lepiej, kiedy opiszę swoją historię.


MOJA HISTORIA

• SZKOLNE LATA

Jako nastolatka większość oszczędności wydawałam na ubrania. Ich kupowanie należało do jednych z moich sposobów na spędzanie wolnego czasu. Po zajęciach w szkole lubiłam wybrać się na tournee po okolicznych lumpeksach, gdzie ochoczo zostawiałam swoje kieszonkowe, a każdy wyjazd do dużego miasta traktowałam jako okazję do zakupów w sieciówkach, których nie było stacjonarnie w moim mieście.

Jeśli chodzi o mój styl, to nie był to spójny wizerunek, raczej wypadkowa tego, co udało mi się znaleźć w lumpeksie. Stąd takie dziwne połączenia jak na drugim zdjęciu od lewej: sportowe buty, puchowa kurtka, czapka z daszkiem, różowa bluza, dżinsowe rybaczki i tunika w kwiaty- taki był mój barwny do zwiedzania.

Archiwum: lata 2008, 2009, 2010

Zdarzało mi się kupować rzeczy pod wpływem chwili, z okazji wyprzedaży czy niskiej ceny za sztukę w second handzie. Nie zwracałam uwagi na składy na metkach, traktowałam je raczej jako ciekawostkę. Najbardziej liczył się dla mnie efektowny wygląd stroju: koronki, falbanki, metaliczna nitka itp. Sądziłam, że im więcej ubrań posiadam, tym większy mam wybór i tym różnorodniej mogę się ubierać. 

W efekcie i tak na co dzień chodziłam w garstce ulubionych rzeczy, co uznawałam za przejaw nudy w swoim stylu. Bardziej interesujące zestawienia komponowałam na potrzeby sesji zdjęciowych na bloga, którego w liceum prowadziłam przez parę lat. Z tamtego okresu pochodzi także najbogatszy materiał zdjęciowy.

Archiwum: 2011, początki blogowania i początek liceum; pierwsze zauważalne nuty stylu retro

Archiwum: 2012; mix stylistyczny

Archiwum: 2012; okres eksperymentów ze stylem i zajęcie się przeróbkami ubrań

Archiwum: 2012; zwrot ku stylowi klasycznemu z nutą retro

Widać, że przez okres liceum mój styl ubierania ewoluował. Początkowo był zbyt chaotyczny, by móc w nim wyróżnić główne nurty inspiracji. Od kiedy pamiętam miałam jednak pociąg do rzeczy retro. Znajdowałam je w starej szafie babci albo w kartonach na strychu. Miksowałam ubrania z lumpeksów z rzeczami z sieciówek. Czasami je przerabiałam. Coraz częściej dokonywałam też zakupów przez internet i wymieniałam się ciuchami z innymi dziewczynami.


Archiwum: 2013; matura i najdłuższe wakacje; retro, kobiecość, spódnice i sukienki, z których już później nie rezygnowałam

Byłam chomikiem i namiętnie gromadziłam ubrania. Najgorszy był proces sprzątania, który potrafił mi zająć czasem kilka dni! Tak, aż tyle. Kto zmierzył się z problemem ogromnej ilości rzeczy, ten wie, jak bardzo wyczerpująca jest ich segregacja i znalezienie takiego sposobu ich ułożenia na ograniczonej przestrzeni, żeby szafa się domykała. Nie muszę chyba wspominać, że ubrania dosłownie się z niej wylewały i wyprosiłam od rodziców zakup drugiej szafy. A na liście zakupowej dodałam nowe wieszaki, choć to i tak nie wystarczyło, bo nawet wieszając kilka rzeczy na jednym wieszaku, część z nich (z braku miejsca) nadal trzymałam w workach.


• STUDIA

Archiwum: jesień 2013 i późniejsze; przeprowadzka do Warszawy; wybrane artystyczne prace; brak czasu na kontynuowanie blogowania

Po ukończeniu szkoły średniej, z pokaźnym garderobianym dorobkiem, przeprowadziłam się do dużego miasta. Nauka  w szkole projektowania ubioru nauczyła mnie sprawdzania składu na metkach i jakości wykończenia. Po lumpeksach nadal chodziłam, ale już nie z zamiarem stylizowania sesji na bloga (z czasem go porzuciłam). Nauczyłam się szyć, dzięki czemu większość poprawek krawieckich byłam w stanie zrealizować sama. Mniej więcej w tym okresie zaczęłam poszerzać swoje modowe zainteresowania o czytanie książek z tej dziedziny. Powróciłam przy tym do zwyczaju noszenia garstki ulubionych, nie do zdarcia ubrań. Dziś nazwałabym je swoją capsule wardrobe.

Archiwum: 2014 i początek 2015; wybrane prace odszywane na zajęciach lub upinane szpilkami na manekinie;  rekonstrukcja sukni empirowej; wypruwanie żył na kursie rysunku

Nieco ponad rok temu trafiłam na niepozornie wyglądające "Lekcje Madame Chic" autorstwa Jeniffer L. Scott, do której wracałam później jeszcze kilkukrotnie. Ta książka jako pierwsza zainspirowała mnie do przyjrzenia się zawartości swojej szafy. O ile pamiętam, skończyło się na przekazaniu jednego worka na cele charytatywne. Z większą ilością nie byłam w stanie się wtedy rozstać. Problem nadmiaru ubrań pozostał, ale proces zmian już się dokonywał. Przebiegał dość powoli, stopniowo. 


• ZMIANY

Nadszedł czas kolejnej przeprowadzki. Pakowanie samych ubrań zajęło mi kilka dobrych godzin i uświadomiło mi, że rzeczywiście zgromadziłam zbyt dużą ilość rzeczy. Czułam się osaczona przez ich nadmiar. Byłam stale nienasycona. Po odhaczeniu wszystkich rzeczy z tzw. listy życzeń, komponowałam kolejną, bo w mgnieniu oka pojawiały się kolejne pragnienia, kolejne musisz-to-mieć. Jak wiecie z poprzedniego artykułu, od sierpnia 2014r. kupiłam 25 sztuk ubrań, co nie było może zawrotną liczbą, ale nie rozwiązywało także problemów z niedomykającą się szafą.

Remedium na moje bolączki okazały się blogi o minimalizmie i życiu slow. Najlepiej przemawiały do mnie treści Anny Mularczyk-Meyer, autorki Prostego bloga i książki "Minimalizm po polsku". Czytałam także bloga Tofalarii i Style Digger. Autorka tej ostatniej strony kilka miesięcy temu wydała autorską pozycję pt. "Slow fashion - modowa rewolucja", którą zrecenzowałam tutaj. Ta lektura przypieczętowała proces zmian, jaki dokonywał się w moim postrzeganiu mody. Szereg innych stron poświęconych tej tematyce znajdziecie w lewej kolumnie bloga zatytuowanej "Wartościowe".


• OCZYSZCZENIE

Z zewnątrz wyglądało to następująco: przez ostatnie wakacje, tydzień po tygodniu selekcjonowałam i pozbywałam się kolejnych worków ubrań. Musiałam przejść swoiste katharsis. Moje działanie polegało przede wszystkim na zadawaniu sobie pytań i odejmowaniu. (Myślę, że w tej chwili jest to jakieś 4/5 pierwotnej zawartości mojej garderoby, choć jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa w tej sprawie!). Nie żałowałam, że się z nimi rozstaję, choć bolała mnie świadomość, iż kiedyś na te rzeczy wydałam dziesiątki złotych... Nauczyłam się nie okazywać sentymentu do ubrań i łatwiej pożegnam się z rzeczami, które pod jakimś względem mi nie pasowały. Nawet tych najulubieńszych, które z czasem zaczęły być na przykład za małe albo za ciasne. To zaskakujące, ale w swojej szafie nadal chomikowałam rzeczy, które nosiłam na początku gimnazjum!

Bądź co bądź, gruntownie oczyściłam swoją szafę, w której po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pojawiła się wolna przestrzeń. Dzięki temu szybciej mogłam dotrzeć do rzeczy, które naprawdę lubię. Nauczyłam się odsiewać ziarna od plew. Pozbyłam się większości biżuterii z nieszlachetnych materiałów, choć w szkatułce nadal mam kilka sztucznych egzemplarzy. Odstąpiłam od idei chodzenia w niewygodnych, obcierających butach. Zrozumiałam, że mniejsza ilość ubrań lepiej pobudza kreatywność, niż półki uginające się od nadmiaru. Oczywiście liczba pustych wieszaków znacznie wzrosła i spora część z nich stała się zupełnie zbędna.

Początkowo obawiałam się, czy taka ograniczona liczba rzeczy wystarczy na moje potrzeby. (To zrozumiałe, że bałam się efektów tego, czego nigdy wcześniej nie próbowałam). Po czasie okazało się, że dobrze czuję się z tą ilością, a mój styl wcale nie jest nudny, tak jak wcześniej mi się wydawało. Mimo pozbycia się większości ubrań, które mi w jakimś sensie nie odpowiadały, nadal mam zapełnioną szafę, co nie popycha mnie do kolejnych, impulsywnych zakupów. To miła odmiana od nużącego przesytu. Nie mam także kompleksu pt. "mam za mało ubrań". Wolałabym zamiast tego określenie: "mam wyselekcjonowane ubrania".

Obecnie: październik 2015; przeprowadza do Poznania i początek nowych studiów nie związanych ze sztuką

Dzięki wpływowi slow fashion, mój styl wreszcie zaczął się krystalizować i dojrzewać razem ze mną. Jestem w stanie lepiej określić, co mi się podoba, a co nie. Znalazłam swoje ulubione kroje i fasony. Charakter swojej garderoby dostosowuję do życia, jakie naprawdę prowadzę, a nie, jakie sobie wymarzyłam. (Nie potrzebny mi szereg imprezowych sukienek, skoro rzadko na nie chodzę). Oczywiście nie byłabym sobą, jeśli nie zrobiłabym spisu wszystkich rzeczy, jakie posiadam w szafie oraz ich ilościowy bilans. (Może kiedyś się nim z Wami podzielę, ale jeszcze nie teraz).


• JAKOŚĆ

Poza tym, zaczęłam doceniać jakość rzeczy, które w przeszłości przypadkowo znajdowałam na strychu a pochodziły sprzed kilkudziesięciu lat. Mam ich kilka w swojej obecnej szafie i mimo upływu czasu wyglądają jak nowe. Pod względem jakości stałam się z resztą jeszcze bardziej wybredna niż kiedyś. W związku z tym mierzi mnie widok rzeczy, których jakość wyraźnie odstaje od pozostałej i to je będę w kolejnych tygodniach selekcjonować.

Co do list życzeń, kontynuuję ich tworzenie z tą różnicą, że znajdują się na niej rzeczy, których naprawdę potrzebuję. Przykładowo na nadchodzący sezon: ciepłą, dwuwarstwową czapkę oraz porządną, puchową kurtkę z kapturem i paskiem w talii. Nurt slow fashion zachęca do poszukiwania informacji o materiałach czy o filozofii projektowania marek odzieżowych. Bardzo prawdopodobne, że mój proces poszukiwania znacznie się przez to wydłuży, ale będzie też sprzyjać rzadszym, a konkretniejszym zakupom. Sprawię, że nowy zakup będzie, zaiste, celebracją. Najważniejsze jest to, abym nie wróciła do starych nawyków i znów nie zawaliła szafy kilogramami niepotrzebnych, źle dopasowanych ubrań.

Marzy mi się, że jako pracująca już na pełen etat kobieta, wypełnię swoją szafę wysokogatunkowymi ubraniami i dodatkami z naturalnych, szlachetnych materiałów. 


DEKLARACJA

Zastanawiałam się nad tym, by podjąć roczne wyzwanie nie kupowania ubrań, ale stwierdziłam, że radykalne rozwiązania nigdy nie kończyły się u mnie dobrze. Nie pójdę w ilościowe ograniczenia typu: W kolejnym roku kupię tylko 10 sztuk ubrań, bo nie o liczby tu chodzi, a o jakość kupowanych ubrań, która swoją drogą i tak wpłynie na zakup ograniczonej liczby rzeczy. Z drugiej strony nie chciałabym dawać sobie niewidzialnej furtki do zakupowego wyżycia się.
Zdecydowałam zatem, że w następnym roku, a więc do października 2016r.:

1. Nie dopuszczę do sytuacji, gdzie wszystkie oszczędności przeznaczę na nowe ubrania/obuwie/dodatki/kosmetyki.
2. Nie będę chodzić do centrów handlowych w okresie wyprzedaży i będę unikać spontanicznego wchodzenia do sklepów z ubraniami.
3. Nie będę kupować ubrań i butów przez Internet (chyba że wcześniej mierzyłam te same stacjonarnie).
4. Będę kupować tylko to, co przymierzyłam i co w pełni spełnia moje oczekiwania względem jakości: składu na metce, kroju, wykończenia, detalów, rozmiaru, stanu oraz stylu życia, jaki prowadzę (żadnych kompromisów).
5. Zamiast cotygodniowego tournee po second handach, w tym czasie będę pisać nowe artykuły na bloga.


Chciałabym swoją postawą dawać dobry przykład. Możliwe, że moja historia także Ciebie zainspiruje do zmian. Sięgniesz po którąś z książek, o których tu wspomniałam, zainteresujesz się nurtem slow fashion i znajdziesz swoich mentorów. Może spróbujesz sformułować własne roczne postanowienie. Każdy moment na zmiany jest dobry. Postawa slow potrafi rozprzestrzenić się na inne dziedziny życia i uczynić je bardziej wyjątkowym. Dopóki nie spróbujesz, nie przekonasz się.

1 września 2015

Gust zwany Ikeą


Jakiś czas temu pewien poznański artysta podzielił się ze mną ciekawym spostrzeżeniem: 

Przed II wojną światową ludzie bardziej cenili sztukę i byli także lepiej wyedukowani artystycznie. W dobrym guście było posiadanie w domu przynajmniej jednego oryginalnego obrazu, nawet małej akwareli bądź szkicu. Dzieła artystów były także prezentami, którymi obdarowywano z okazji ważnych uroczystości rodzinnych, np. ślubu.


Od wspomnianych czasów minęło prawie 100 lat. Trudno nie odnieść wrażenia, że dziś dzieła sztuki trafiają do bardzo wysublimowanej grupy osób, których "fanaberią" jest kolekcjonowanie. Rozmowy o niej toczą się wyłącznie w wąskich, elitarnych, artystycznych środowiskach. Nowy iPhone jest bardziej pożądanym prezentem niż obraz olejny czy rzeźba z brązu. Przeciętny Polak ostatni raz zetknął się z twórczością artystyczną w szkole podstawowej i nie pamięta, kiedy ostatnio był na wystawie. Jaki obraz społeczeństwa się z tego wyłania?

Dziś poziom estetyki ogółu reprezentuje symbol naszych czasów, a także nowoczesności, minimalizmu i prostoty, czyli IKEA. Silną pozycję na rynku zdobyła dzięki kolekcjom tanich mebli w oszczędnym, skandynawskim stylu, które świetnie się sprawdzają w wynajmowanych mieszkaniach i odpowiadają zasobności studenckiej kieszeni.

Ikea to styl, Ikea to sztuka- zdawać by się mogły powtarzać jak mantrę dzikie tłumy (czytaj: pielgrzymki) udające się w weekendy do tych wielkopowierzchniowych świątyń. O wiele milsze jest przecież przebywanie we wnętrzu jak z katalogu, niż wśród staroświeckich PRL-owskich meblościanek, kryształów i przaśnie udekorowanych ścian. To nic, że inspiracja okazała się zbyt nachalna. Ważne, żeby było tanio i tak, jak wszędzie. 

Przykładowo: większość blogerek maluje się przy toaletce HEMNES albo MALM, kosmetyki trzyma w komodzie ALEX, przegląda się w lusterku MYKEN, a pędzle trzyma w białej osłonce na doniczkę SKURAR... 
Pójście na łatwiznę, masówka i tendencje do upraszczania- znamy to nie tylko ze sposobu dekoracji wnętrz, ale także z zawartości garderoby (wszak to też pewien rodzaj sztuki użytkowej). Sieciówki, kopiowanie sklepowych manekinów, strój zwykły, szary i niewyróżniający się. 


Pojawia się tu pytanie: czy naprawdę brakuje nam finezji czy to efekt zachowawczości? A może do wyglądu siebie oraz przedmiotów, które nas otaczają, nie przykładamy zbytniej wagi?

7 lipca 2015

13 przemyśleń po lekturze "Slow fashion"


Bloga Joanny Glogazy (Style Digger) czytam regularnie od dwóch lat, dlatego wiadomość o wydaniu przez nią książki przyjęłam z niekłamaną ciekawością. Wychodzę z założenia, że cennej wiedzy z zakresu slow fashion nigdy za wiele i mimo dziesiątek przeczytanych na jego temat artykułów, nadal jestem głodna informacji. Fragment książki, udostępniony w Internecie, zachęcił mnie do zakupu jej pełnej, elektronicznej wersji, stając się jedną z pierwszych lektur przeczytanych na pachnącym nowością czytniku. (Polecam ten sprzęt każdemu wielbicielowi książek!).

Pisanie recenzji kojarzy mi się ze sztampowymi, szkolnymi wypracowaniami, dlatego swoje wrażenia po (dwukrotnej już) lekturze "Slow fashion", postanowiłam ująć w formie wypunktowanych przemyśleń:


1. Idea tej książki okaże się szczególnie bliska dziewczynom, które prowadzą blogi, dzięki czemu najlepiej zrozumieją one rozterki autorki zamieszczone we wstępie. Myślę, że ta książka najlepiej trafi właśnie do młodych kobiet.

2. Forma narracji, jaką zastosowała autorka, pozwala skrócić dystans pomiędzy nią a czytelniczką. Zagłębiając się w lekturę "Slow fashion", mamy wrażenie, że prowadzimy przyjacielską rozmowę. Po przeczytaniu ostatniej strony odnoszę wrażenie, że mogłabym szczerze polubić Joannę.

3. Style Digger nie stawia się w roli zadufanego, wszechwiedzącego guru mody. Jej wiarygodność potwierdza konkretna wiedza z dziedziny mody (poparta studiami oraz długoletnim prowadzeniem bloga), którą chce się dzielić z innymi.

4. Lektura "Slow fashion" przypomina nieco psychoanalizę. Autorka zachęca do podróży wgłąb siebie i często akcentuje indywidualne podejście do czytelniczki, co automatycznie wynosi tę książkę ponad przeciętne poradniki o modzie. 

5. "Slow fashion" ma charakter refleksyjny, skłania do przemyśleń, a momentami wzbudza nawet poczucie winy mające wywołać w czytelniczce swoiste katharsis.

6. Style Digger napisała mądrą, wyważoną i przemyślaną książkę. Zawartych jest w niej wiele prawd rządzących życiem współczesnych kobiet oraz prawdziwych realiów panujących w naszych szafach. Choć stwierdzenia: "od zawsze chcemy się czuć atrakcyjne i akceptowane" czy "czego nie widzisz, tego nie nosisz" na pierwszy rzut oka mogą wydawać się banalne, tak naprawdę nie brzmią moralizująco, a zdradzają filozoficzne podejście autorki do prezentowanego tematu.

7. Czytanie tej książki mobilizuje do porządków w garderobie. Czy okażą się tytułową "modową rewolucją", zależy od tego, jak bardzo będziemy otwarte na zmiany. Proces dążenia do ubraniowej równowagi jest długotrwały, ale ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że dzięki lekturze już zostałam pchnięta na właściwe tory.

8. Autorka porusza wiele ciekawych i zarazem kontrowersyjnych tematów, które można rozwinąć do oddzielnych książek np. wpływ sztucznych materiałów na środowisko czy noszenie podróbek. Jest empatyczna i zdaje sobie także sprawę z zagrożeń występujących w branży mody.

9. W tej książce nie znajdziemy stwierdzeń "Każda kobieta musi...", "Bezwzględnie trzeba...", "Kategorycznie nie wolno...". Autorka daje do zrozumienia, że nie warto wkładać stylu każdej kobiety w jedną i tę samą formę. Pozostawia czytelniczce swobodę i wolność w podejmowaniu wyboru.

10. Lektura "Slow fashion" potrafi zainspirować. Narratorka zwraca uwagę choćby na to, jak ważny jest sposób, w jaki nosimy ubrania oraz czy odpowiadają one naszemu obecnemu trybowi życia. Mapowanie stylu i tworzenie moodboard'ów także zachęca do innowacyjnego, twórczego podejścia do swojego stylu.

11. Style Digger reprezentuje zdroworozsądkową postawę i nie nakłania do wydawania wszystkich oszczędności na nową garderobę. Zachęca do eksperymentów w obrębie stylu, ale nie do bezrefleksyjnego wydawania pieniędzy. Co więcej, przedstawia realne działania, dzięki którym również mniej zamożne czytelniczki mogą odświeżyć i urozmaicić swój strój.

12. Podczas lektury nie odniesiemy wrażenia oderwania od rzeczywistości czy braku zrozumienia ze strony narratorki. Na tym polega też przewaga "Slow fashion" nad zagranicznymi publikacjami- nikt tak dobrze nie odniesie się do panujących realiów lepiej niż Polka mieszkająca na stałe w Polsce.

13. Monolog narratorki urozmaicają dwa ciekawe wywiady oraz mnóstwo użytecznych porad, np. jak dbać o ubrania, które nosimy. Dodatkowo w książce znajduje się kilkanaście tytułów książek i blogów rozwijających temat slow fashion. Zawiodą się natomiast ci, którzy liczyli na moc kolorowych obrazków.

Do rozważenia pozostaje jedno stwierdzenie autorki:

"wytwarzanie syntetyków pociąga za sobą bardzo mocny ślad węglowy - czyli sumę emisji gazów cieplarnianych, będących skutkiem ubocznym produkcji" - to zdanie budzi wiele kontrowersji w związku z postulatami tzw. ekoterrorystów oraz podatkiem od emisji dwutlenku węgla. Myślę, że na jego temat można napisać oddzielną książkę oraz szereg osobnych artykułów... Jest to jednak jedyna merytoryczna kwestia, która nie została w jasny sposób wyjaśniona na łamach książki. Możliwe, że zwyczajnie zabrakło na nią miejsca.



Co dała mi lektura "Slow fashion"?

Autorska książka Joanny Glogazy nie jest pierwszym poradnikiem traktującym (choć częściowo) o modzie, który wpadł mi w ręce. "Lekcje Madame Chic", "Klasyczna setka", "Minimalizm po polsku" - te tytuły miałam przed nią w swoim księgozbiorze, jednak to dopiero lektura "Slow fashion" napoiła mnie odpowiednią dozą motywacji do zmiany podejścia wobec swojego stylu. Mogę ją uznać za krok milowy w dążeniu do perfekcyjnie skomponowanej garderoby. Zdaję sobie sprawę z tego, że to dopiero początek tego długotrwałego procesu, ale już teraz odczuwam pozytywne strony zaprowadzanych zmian:

• pozbyłam się z szafy tego, w czym nie czuję się "najlepszą wersją siebie" i mam w niej więcej miejsca
• częściej noszę rzeczy, które naprawdę lubię i jestem bardziej kreatywna w tworzeniu nowych zestawień
• znalazłam motywację do naprawy ulubionych ubrań i dodatków, co wcześniej wielokrotnie odkładałam w czasie
• wiem, jak lepiej dbać o rzeczy, które posiadam, dzięki czemu będą mi dłużej służyć
• jestem w trakcie procesu tworzenia mapy swojego stylu, a więc na najlepszej drodze do jego krystalizacji
• pozbywam się odwiecznego problemu z pakowaniem i przeprowadzką na studia


Z drugiej strony pojawiły się u mnie pewne obawy:

• czy tak niewielka ilość ubrań, w porównaniu do poprzedniego stanu posiadania, rzeczywiście wystarczy na moje potrzeby?
• jak długo zajmie mi odkładanie pieniędzy na rzeczy dobrej jakości?

Pewnie nie ma sensu zaprzątać sobie tym teraz głowy i lepiej dać sobie czas na kolejne przemyślenia oraz, niewykluczone, dodatkowe porządki. Możliwe, że nie raz zajrzę do poradnika Style Digger, by na nowo przestudiować któreś zagadnienie. Mogę Wam obiecać, że tematyka slow fashion jeszcze nie raz pojawi się na tej stronie- podjęte z pełną mobilizacją wyzwanie w końcu zobowiązuje.

Swoją drogą nie dziwi mnie fakt, że pierwszy nakład "Slow fashion" został wyprzedany. Będę mocno trzymać kciuki za to, by kolejne książki Joanny stały się podobnymi sukcesami wydawniczymi, co jej pierwsza, autorska pozycja.

25 czerwca 2015

Przesyt informacji i jego skutki


Godziny spędzone na poszukiwaniu idealnego produktu. Dziesiątki przeczytanych artykułów na blogach, forach, obejrzanych recenzji i porównywanych cen. W końcu przychodzi dezorientacja, zmęczenie pomieszane z rozdrażnieniem i poczucie przesytu. O czym mowa? O współczesnym natłoku informacji i jego efektach.

POSZUKIWANIA

Przynajmniej raz w miesiącu zdarza nam się zasiąść przed komputerem w jednym, wydawać by się mogło, pożytecznym celu- znalezienia idealnego produktu, dopasowanego do naszych obecnych potrzeb. Z moich obserwacji wynika, że my, konsumenci, w Internecie najczęściej poszukujemy: elektroniki, sprzętów gospodarstwa domowego, akcesoriów dziecięcych oraz przedmiotów związanych z prowadzonym hobby. Zaczyna się niewinnie, od słów: "Poczekaj, znajdę opinie w Internecie" i kliknięcia pierwszych wyników Google'a, spośród dostępnych dziesiątek albo setek tysięcy. Zwykle tych kilka artykułów nie zaspokaja naszego pragnienia wiedzy, dlatego coraz bardziej zagłębiamy się w temacie, otwierając kolejne i kolejne okna. Specyfikacje, recenzje, rankingi, porównywarki- w ten sposób można wsiąknąć na całe godziny. Jeśli całe te poszukiwania zakończą się świadomym i w pełni przemyślanym zakupem, to mamy częściowy sukces. Częściowy, ponieważ poświęciliśmy sporo wolnego czasu. Gorzej, jeśli przy okazji zapragniemy kolejnych dóbr, które wydawały się dotychczas niepotrzebne.


Weźmy na przykład pędzle do makijażu. Mówi się, że jest to inwestycja na dłuższy czas, jeśli zdecydujemy się na narzędzia dobrej jakości, o które będziemy właściwie dbać. Zasada jest taka: kupić jak najwięcej, jak najlepszej jakości za jak najniższą cenę. Poszukiwania rozpoczynamy od myślowego schematu blokowego, od najbardziej ogólnych kwestii, na szczegółach kończąc... Po całym dniu internetowej krucjaty pt. "Znaleźć pędzle" można powiedzieć, że staliśmy się ekspertami w dziedzinie akcesoriów do makijażu. A co z zakupem?

W moim przypadku nadmiar możliwości wywołuje dwie reakcje. Albo:
 pojawiają się dodatkowe pragnienia, przez co pierwotna lista zakupów ulega wydłużeniu,
 jestem tak skołowana i przytłoczona, że odkładam decyzję o zakupie na kolejne dni.


WPŁYW

Dokonywanie wyborów zakupowych nie zawsze jest łatwe, obojętnie czy stoimy przed uginającym się od towaru regałem w supermarkecie czy równie długą listą produktów w sklepie internetowym. Pragnę zwrócić w tej chwili uwagę na jeden, często niedoceniany aspekt poruszanego zagadnienia. Jak wpływa na nas przesyt informacji? 

Z jednej strony powinniśmy się cieszyć, że mamy możliwość niemal natychmiastowego poszerzenia swojej wiedzy o dostępnych towarach. Poprzednie pokolenia nie miały tego udogodnienia. Z drugiej mamy skutki uboczne przedawkowania informacji, którymi dajemy się wręcz zachłysnąć. Dosięga nas męcząca presja, poczucie zmęczenia i znużenia. Jesteśmy stale nienasyceni, a czytanie kolejnych recenzji sprawia, że nabieramy apetytu na kolejne przedmioty. Spirala zakupów kręci się dalej. Tylko czy przypadkiem w ten sposób nie rozmieniamy swojego życia na drobne?

24 czerwca 2015

Rzecz o wegetarianizmie


Ostatnio pod jednym z wpisów na portalu społecznościowym rozgorzała dyskusja na temat wegetarianizmu. Powodem tej zaciętej wymiany poglądów stało się oficjalne ogłoszenie użytkowniczki X przejścia na bezmięsną dietę. Niewątpliwe ten temat jest dość kontrowersyjny, bo dotyczy osobistych przekonań i za każdym razem budzi spore emocje. Mimo iż nie jestem wegetarianką, postanowiłam rozważyć pojawiające się w tej dyskusji argumenty i spróbować zrozumieć zachowanie zarówno wegetarian jak i zwolenników jedzenia mięsa.


Z CZYM TO SIĘ JE?

Zacznijmy od definicji, którą podaje nam na talerzu Wikipedia:

Wegetarianizm – świadome i celowe wyłączanie z diety mięsa (w tym ryb i owoców morza); może również wiązać się z unikaniem innych produktów pochodzenia zwierzęcego, w szczególności pochodzących z uboju. Wegetarianizm może być wybrany z pobudek moralnych, zdrowotnychekologicznych, bądź ekonomicznych.


Nasze przekonania, a więc także rodzaj diety, jaki prowadzimy, znajdują się w sferze tzw. danych wrażliwych, czyli "w grupie szczególnie chronionych danych osobowych". Dyskusje na temat (nie)jedzenia mięsa są zatem z góry skazane na klęskę i prowadzą do podziałów. Czyż tak nie jest?


ODWIECZNY BÓJ

Granica merytorycznej wymiany poglądów została już dawno przekroczona, a i umiejętność inteligentnej obrony swojego zdania- głęboko pogrzebana. Tak łatwo jest popadać w skrajności i wyzbyć się tolerancji wobec wyborów drugiego człowieka. Odnoszę wrażenie, że wegetarianie i zjadacze mięsa toczą ze sobą odwieczny, nierozstrzygnięty bój. Zarówno jeden obóz, jak i drugi uzbraja się w coraz to nowe argumenty mające zranić przeciwnika i wdeptać go w ziemię. Pytam się w duchu- po co tyle agresji?

Staram się obiektywnie, bez faworyzowania i niezdrowych emocji zrozumieć powody, dla których ludzie zostają wegetarianami albo pozostają przy jedzeniu mięsa. Obie strony są przekonane o słuszności swojego zdania:

Wegetarianie:
 chcą być lepszymi, doskonalszymi osobami
 są wrażliwi na krzywdę zwierząt i czują się za nie odpowiedzialni
 są bardziej świadomi tego, co jedzą


Jedzący mięso:
 nie czują potrzeby zostania wegetarianami i znajdują inne formy samodoskonalenia
 są świadomi tego, że "coś umiera, aby mogło żyć coś"
 są przywiązani do kulturowych tradycji żywieniowych


WOLNOŚĆ WYBORU I SZACUNEK

Zwolennicy jarskiej i mięsnej diety mają takie samo prawo do pochwały wyznawanej przez siebie filozofii oraz świadomej obrony swojego zdania. Jednak obie te postawy dają początek fanatykom, którzy uzurpują sobie prawo do określania siebie jako lepszych od reszty społeczeństwa, wytykania błędów i wywierania nacisków. Niektórzy na siłę próbują zmienić nawyki swojego otoczenia, co spotyka się z zupełnie odwrotną reakcją. 

Warto zwrócić również uwagę na to, co wydawać by się mogło oczywiste- nie każdy jest gotów na poniesienie nowych wyrzeczeń. Przejście na dietę wegetariańską wymaga chęci, silnej woli, zmiany stylu życia (często wbrew domownikom), dodatkowego nakładu czasu, pieniędzy oraz fachowej wiedzy z zakresu żywienia. Podobnie jak nie każdy wegetarianin ma ochotę na zmianę filozofii, którą się kieruje, a wraz z nią preferencji żywieniowych. Każda jednostka świadomie wybiera to, co w aktualnym momencie życia najlepiej do niej pasuje i uszanujmy te wybory. 


Nie jestem wegetarianką dla tego samego powodu, dla którego wegetarianin nie jest weganinem, a weganin frutarianinem. Nie czuję takiej potrzeby. Nie zaglądam wegetarianom do talerzy, toleruję ich wybór i nie staram się ich nakłonić do powrotu do mięsnej diety. Uważam, że wegetarianizm jest wtedy sensowny, kiedy zostanie podjęty dobrowolnie, z pełną świadomością jego korzyści i zagrożeń, bez nacisków ze strony innych wyznawców tej filozofii.